„Pociąg z Przemyśla przyjedzie opóźniony o 60 minut…” Dworzec Wschodni tętni życiem 24 godziny na dobę

Kiedy odwiedziliśmy Dworzec Wschodni dwa dni po wybuchu wojny na Ukrainie, było na nim zamieszanie, pomimo późnej pory wszędzie dużo ludzi, wolontariusze, paczki. Wtedy już mieliśmy wrażenie, że to miejsce stało się jednym wielkim centrum pomocy dla uchodźców z Ukrainy. Wizyta przy Kijowskiej niespełna dwa tygodnie później pokazała jednak, jakże mylne było to wrażenie. Dopiero teraz widać, że wówczas to wszystko dopiero „raczkowało”.

Na początku uchodźcy przyjeżdżali i mieli gdzie jechać prosto z dworca, bo większość z nich miała tu znajomych, przyjaciół czy nawet rodziny, albo trafiali do polskich domów. Z dnia na dzień jednak matek z dziećmi przybywa, a wśród nich jest coraz więcej kompletnie zagubionych osób, które uciekały z domów bez żadnego pomysłu na dalsze, tymczasowe życie. Uciekały od kul i bomb ratując życie swoich dzieci do spokojnej Warszawy. Na dworcu jest wielu wolontariuszy, który robią co mogą, by pomóc, podpowiedzieć jakieś rozwiązanie, podaają jedzenie, picie.

Cały dworzec stał się jedną wielką sypialnią / poczekalnią. Rozłożone karimaty, śpiwory, koce. Każdy gdzie tylko może próbuje chociaż chwilę zregenerować siły we śnie. Dzieci, dorośli.

Opóźnionym pociągiem z Przemyśla pół godziny po północy przyjeżdżają dwie starsze osoby wymagające wózków. Dla ratowników medycznych obecnych na dworcu, nie jest to żadnym problemem – są przygotowani na wszelkie sytuacje. Pomagają jak mogą i wszystko przebiega bardzo sprawnie. Na peronie są też wolontariusze, policjanci, ochrona kolei i panowie z Inter City z pluszakami – przygotowani na przyjazd dzieci (w pociągu miał być wagon sanitarny, a w nim dzieci z Ukrainy, jak ustaliliśmy, odłączono go wcześniej).

Przez całą noc dworzec na dobre nie zasypia. Robi się trochę spokojniej na kilka godzin. Później przyjedzie kolejny pociąg z Przemyśla…

Tekst i zdjęcia: Anna Sadowska