Funkcjonariusze z Oddział Prewencji Policji w Katowicach, pełniący służbę na terenie Bytom, zatrzymali do kontroli samochód osobowy po tym, jak jeden z jego pasażerów swoim zachowaniem zwrócił ich uwagę. Mężczyzna, jadąc pojazdem, kierował pod adresem mundurowych obraźliwe i wulgarne słowa. Interwencja szybko przybrała nieoczekiwany obrót.
Podczas patrolu w dzielnicy Szombierki policjanci wykonywali czynności służbowe w przestrzeni publicznej. W pewnym momencie pasażer przejeżdżającego auta zaczął ich prowokować i znieważać. Mundurowi postanowili zatrzymać pojazd do kontroli. Jak się okazało, agresywny 30-latek był osobą poszukiwaną przez Sąd Rejonowy w Rudzie Śląskiej. Mężczyzna miał do odbycia karę dwóch lat pozbawienia wolności za wcześniejsze przestępstwa związane z oszustwami i unikał jej wykonania.
Na tym jednak nie koniec. Policjanci wyczuli od kierowcy woń alkoholu. Badanie alkomatem wykazało, że 30-latek miał w organizmie ponad promil alkoholu. Obaj mężczyźni zostali zatrzymani i przewiezieni do jednostki policji w celu przeprowadzenia dalszych czynności procesowych.
O dalszych konsekwencjach prawnych zdecyduje sąd. Zgodnie z art. 178a Kodeksu karnego prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości zagrożone jest karą do 3 lat pozbawienia wolności. Pasażer, jako osoba poszukiwana, trafił już do aresztu, gdzie zgodnie z wyrokiem spędzi najbliższe dwa lata.
Policjanci po raz kolejny przypominają: alkohol znacząco obniża koncentrację, spowalnia reakcję i zaburza ocenę sytuacji na drodze. Każda decyzja o prowadzeniu pojazdu po spożyciu alkoholu może mieć tragiczne skutki. Nie ryzykuj — bezpieczeństwo Twoje i innych zależy od odpowiedzialnych wyborów.
Fot. Policja Śląska
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!
Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych.
Jesteś świadkiem wypadku lub pożaru, masz dla nas ciekawy temat z Twojego miasta lub okolicy, którym warto się zająć – napisz do nas!
To miała być zwykła podróż windą. Kilkanaście sekund ciszy, chwila w drodze do domu. Zamiast tego strach, ból i brutalna przemoc, która wybuchła bez ostrzeżenia.
1 stycznia 2026 roku, w bloku przy ulicy Jastrzębiej w Żorach, 44-letni mężczyzna wszedł do windy. Przypadkowe zahaczenie ramieniem, gest tak banalny, że większość z nas nawet by go nie zauważyła. Dla trzech innych osób stał się jednak zapalnikiem agresji.
Gdy drzwi windy się otworzyły, skończyły się słowa. Trzech mężczyzn rzuciło się na jednego. Bili razem. Bez litości. Bez opamiętania. Zamknięta przestrzeń klatki schodowej stała się areną przemocy, a ofiara nie miała dokąd uciec.
17-latek, 38-latek i 42-latek różne pokolenia, ta sama brutalność. Wspólnie i w porozumieniu zamienili chwilowy impuls w atak, który mógł zakończyć się tragedią. Bo w takich sytuacjach granica między pobiciem a śmiercią bywa bardzo cienka.
Dzięki szybkiej reakcji policji sprawcy zostali zatrzymani. Materiał dowodowy nie pozostawił wątpliwości co do ich udziału w zdarzeniu. Sąd, na wniosek prokuratury, objął ich policyjnym dozorem oraz zakazem kontaktu i zbliżania się do poszkodowanego.
Teraz odpowiedzą przed sądem. Grozi im do 5 lat więzienia. Ale żadna kara nie cofnie tego, co przeżył 44-letni mężczyzna — strachu, upokorzenia i świadomości, że wystarczyła chwila, by stać się ofiarą bezsensownej agresji.
Cała sprawa wywołała ogromne poruszenie wśród mieszkańców miasta. Żorzanie nie kryją oburzenia i zbulwersowania brutalnością ataku, do którego doszło w miejscu, które powinno być bezpieczne dla wszystkich. Dodatkowo nagranie z zajścia błyskawicznie obiegło internet, wywołując falę komentarzy i emocji w mediach społecznościowych. Wielu internautów domaga się surowych konsekwencji wobec sprawców i zwraca uwagę na narastający problem agresji w przestrzeni publicznej.
Ta historia jest brutalnym przypomnieniem, jak niebezpieczna potrafi być niekontrolowana złość. I jak szybko codzienność może zamienić się w koszmar.
Fot. /wideo KMP w Żorach
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!
Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych.
Jesteś świadkiem wypadku lub pożaru, masz dla nas ciekawy temat z Twojego miasta lub okolicy, którym warto się zająć – napisz do nas!
Państwo zaostrza kurs wobec piratów drogowych. Prezydent RP Karol Nawrocki podpisał nowelizację przepisów, które radykalnie zmieniają odpowiedzialność karną za najgroźniejsze zachowania na drogach publicznych. Nielegalne wyścigi, driftowanie na ulicach i lekceważenie sądowych zakazów przestają być traktowane jak „wybryki”. Od teraz to realne przestępstwa, zagrożone więzieniem, dożywotnim zakazem prowadzenia pojazdów i konfiskatą auta.
Część przepisów zacznie obowiązywać po 30 dniach od publikacji ustawy, natomiast regulacje dotyczące wyścigów ulicznych i driftu wejdą w życie po trzech miesiącach.
Dożywotni zakaz prowadzenia – bez wyjątków
Jednym z kluczowych elementów zmian jest bezwzględne podejście do kierowców, którzy ignorują sądowe zakazy prowadzenia pojazdów. W Polsce takich osób są setki tysięcy, a rekordziści wielokrotnie byli zatrzymywani za kierownicą mimo kolejnych wyroków.
Nowe przepisy są jednoznaczne: każde kolejne złamanie zakazu oznacza dożywotnie odebranie prawa jazdy. Sędziowie będą mieli ograniczoną możliwość stosowania kar w zawieszeniu, a w określonych przypadkach możliwa będzie konfiskata pojazdu na rzecz Skarbu Państwa, podobnie jak w przypadku najcięższych przestępstw po alkoholu.
Zlot bez zgody? Drift na ulicy? Wysokie kary
Ustawodawca bierze pod lupę również nieformalne spotkania motoryzacyjne. Każde zgromadzenie powyżej 10 pojazdów będzie wymagało zgłoszenia i zgody samorządu. Brak pozwolenia oznacza odpowiedzialność dla organizatora – grzywnę, a nawet karę ograniczenia wolności. Uczestnicy również nie pozostaną bezkarni.
Nowym wykroczeniem staje się drift, czyli celowe wprowadzanie pojazdu w poślizg w przestrzeni publicznej. Mandaty sięgają kilku tysięcy złotych, a jeśli takie zachowanie stwarza zagrożenie w ruchu drogowym, sprawa trafi do sądu. Za tamowanie ruchu drogowego przewidziano znacznie surowsze sankcje niż dotychczas.
Nielegalne wyścigi to już przestępstwo
Najpoważniejsza zmiana dotyczy wyścigów ulicznych. Od teraz organizowanie lub udział w nielegalnym wyścigu na drodze publicznej jest przestępstwem, zagrożonym karą od 3 miesięcy do 5 lat więzienia.
Sąd obligatoryjnie orzeknie zakaz prowadzenia pojazdów, a w przypadku wypadku – znacznie wyższe kary niż dotychczas. Jeśli do zdarzenia dojdzie podczas rażącego przekraczania prędkości lub łamania podstawowych zasad bezpieczeństwa, sprawcy grozi nawet 10 lat pozbawienia wolności. Dodatkowo przewidziano obowiązkowe nawiązki finansowe na Fundusz Sprawiedliwości.
Prawo jasno definiuje wyścig: to nie tylko ściganie się dwóch pojazdów, ale także pokazowe driftowanie czy rywalizacja w ogólnodostępnej przestrzeni przy publiczności.
Przez lata w Polsce działało wiele grup i środowisk związanych z nocną motoryzacją. Większość z nich z czasem zniknęła. Przetrwało jednak największe i najbardziej rozpoznawalne środowisko – WNR, uznawane dziś za największą organizację klubową skupiającą kierowców i motocyklistów w kraju.
Na spotkania organizowane pod tym szyldem potrafią zjeżdżać się setki, a nawet tysiące osób – w różnym wieku i z różnych środowisk. Oficjalnie są to spotkania pasjonatów motoryzacji. W praktyce część uczestników po ich zakończeniu wyjeżdża na ulice miast.
To wtedy dochodzi do nielegalnych wyścigów, driftów na rondach, palenia gumy i popisów prędkości, często w obecności widzów. Pytani, dlaczego nie wybierają torów wyścigowych, uczestnicy takich nocnych eskapad odpowiadają wprost: ulica daje adrenalinę, której tor nie zapewnia. Jest ryzyko, jest publiczność, jest poklask.
Problem polega na tym, że ulica nie jest zamkniętym obiektem sportowym. Są na niej inni kierowcy, piesi, rowerzyści. Są drzewa, latarnie i betonowe krawężniki. Część młodych ludzi związanych z tym środowiskiem już nigdy nie wróciła do domów – zginęli w wypadkach. Inni, mimo tragicznych przykładów, nadal ryzykują.
Nowe prawo ma przeciąć ten mechanizm – przekonanie, że „jakoś się uda” i że konsekwencje zawsze ominą sprawców. Ustawodawca wysyła jasny sygnał: ulica to nie tor, a nocne wyścigi to nie zabawa, tylko przestępstwo.
Prawo bez litości, odpowiedzialność bez wymówek
Zmiany w przepisach drogowych mają zakończyć lata pobłażania dla brawury i lekceważenia zasad. Teraz kluczowe będzie jedno – konsekwentne egzekwowanie prawa. Bo każde nielegalne przyspieszenie to potencjalny dramat, a każda nocna „zabawa” może skończyć się ciszą po wypadku.
Era bezkarności na asfalcie właśnie dobiega końca.
📸fot. archiwum Luka&Maro
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!
Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych.
Jesteś świadkiem wypadku lub pożaru, masz dla nas ciekawy temat z Twojego miasta lub okolicy, którym warto się zająć – napisz do nas!
Sąd Okręgowy w Katowicach wydał wyrok w sprawie Adama Kornackiego i Patryka Mikiciuka – znanych dziennikarzy motoryzacyjnych związanych ze stacją TVN Turbo. Obaj zostali oczyszczeni z zarzutów, które ciążyły na nich od kilku miesięcy. Postępowanie zakończyło się uniewinnieniem.
Proces, który trwał trzy miesiące, prowadzony był z wyłączeniem jawności. Decyzja sądu oznaczała brak dostępu mediów do zeznań świadków oraz materiałów dowodowych zgromadzonych w sprawie. Informacja o rozstrzygnięciu pojawiła się najpierw w mediach społecznościowych – przekazał ją pełnomocnik oskarżonych, adwokat Jakub Wende, podkreślając satysfakcję z przebiegu postępowania i dziękując zespołowi obrońców za współpracę.
Sąd Okręgowy w Katowicach właśnie ogłosił wyrok w sprawie Adama Kornackiego i Patryka Mikiciuka. Obaj nasi klienci zostali uniewinnieni od stawianego im zarzutu. Dziękuję za świetną współpracę p. Mec. Aleksandrze Kokoszce i mec. Błażejowi Biedulskiemu. Prawda i prawo zwyciężyły.
Sprawa miała swój początek latem 2025 roku, kiedy prokuratura postawiła dziennikarzom zarzuty dotyczące wydarzeń, do których – według śledczych – miało dojść w nocy z 11 na 12 października 2024 roku. Kornacki i Mikiciuk przebywali wówczas na Śląsku w związku z obowiązkami zawodowymi. W trakcie pobytu mieli spotkać w jednym z katowickich lokali cztery kobiety, z których dwie później udały się z nimi do wynajętego apartamentu. To właśnie tam, według aktu oskarżenia, miało dojść do zdarzeń będących podstawą postępowania karnego.
Po ogłoszeniu wyroku sami zainteresowani również odnieśli się do decyzji sądu, publikując stosowne informacje w mediach społecznościowych. Uniewinnienie kończy jedną z głośniejszych spraw dotyczących osób publicznych w ostatnich miesiącach i zamyka etap postępowania, który od początku budził duże zainteresowanie opinii publicznej.
📸fot. archiwum Luka&Maro
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!
Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych.
Jesteś świadkiem wypadku lub pożaru, masz dla nas ciekawy temat z Twojego miasta lub okolicy, którym warto się zająć – napisz do nas!
We wtorek, 4 listopada, po godzinie 14. Sąd Apelacyjny w Warszawie podtrzymał wyrok sądu I instancji w sprawie Doriana S., skazując go na dożywotnie pozbawienie wolności. Doriana S. 25 lutego 2024 roku na ulicy Żurawiej w Warszawie, zgwałcił 25-letnią Lizę obywatelkę Białorusi, która kilka dni później zmarła w szpitalu nie odzyskawszy przytomności.
Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał w mocy karę dożywotniego więzienia w systemie terapeutycznym dla Doriana S. za gwałt i zabójstwo 25-letniej kobiety w centrum Warszawy. W uzasadnieniu wyroku sąd wskazał m.in., że sprawa została prawidłowo przeprowadzona i oceniona przez sąd I instancji. Z chwilą ogłoszenia orzeczenia stało się ono prawomocne, obejmując karę główną dożywotniego pozbawienia wolności oraz 200 tysięcy złotych zadośćuczynienia na rzecz partnera zmarłej kobiety.
Proces apelacyjny Doriana S. rozpoczął się w ubiegłym tygodniu. Apelację od wyroku sądu okręgowego wniósł obrońca mężczyzny, kwestionując jego poczytalność. Proces apelacyjny toczył się z częściowym wyłączeniem jawności. Obrona Doriana S. wniosła apelację między innymi ze względu na orzecznika, który wydał wyrok w pierwszej instancji, nie zgodziła się też z oceną materiału dowodowego.
Sąd nie miał wątpliwości
Sędzia Maciej Gruszczyński wyjaśnił w uzasadnieniu, że biegła toksykolog potwierdziła obecność hydroksyzyny i jej metabolitów we krwi oskarżonego. Jak zaznaczył, obrona próbowała dowieść, że mógł to być efekt przyjęcia tzw. pigułki gwałtu, jednak biegli nie stwierdzili żadnych oznak zaburzeń zachowania. Według oceny sądu postępowanie oskarżonego było racjonalne i od początku do końca starannie zaplanowane.
Kara jest po prostu słuszna. Czyn, którego dopuścił się oskarżonego to tak naprawdę trzy zbrodnie: zbrodnia rozboju z użyciem noża, zgwałcenia i zabójstwa. Czy ten cechował się wyjątkową brutalnością – dodał.
Utrzymanie w mocy wyroku sądu pierwszej instancji oznacza, że z chwilą ogłoszenia tego wyroku, wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie, prawomocne staje się skazanie oskarżonego Doriana S. za zgwałcenie, rabunek i zamordowanie pokrzywdzonej. I prawomocna staje się kara dożywotniego pozbawienia wolności oraz wszystkie inne rozstrzygnięcia wyroku sądu I instancji – mówiła sędzia.
Zabójstwo Lizy
Do zbrodni doszło 25 lutego 2024 roku, przy Żurawiej w Warszawie. Nagą i nieprzytomną kobietę w bramie jeden z posesji znalazł dozorca, który niezwłocznie powiadomił służby. 25-letnia Liza obywatelka Białorusi w stanie krytycznym trafiła do szpitala. Zmarła 1 marca, nie odzyskawszy przytomności.
Już kilka godzin po napaści policja zatrzymała podejrzanego Doriana S., który wówczas miał 23 lata. Podczas przeszukania mieszkania znaleziono m.in. użyty do przestępstwa duży nóż kuchenny i kominiarkę. Policjanci ustalili, że mężczyzna zgwałcił kobietę, a także zrabował jej dwa telefony komórkowe, karty płatnicze oraz portfel.
Pierwszy wyrok
Proces Doriana S. rozpoczął się w grudniu 2024 roku, w większości toczył się za zamkniętymi drzwiami. Ostatnia rozprawa, podczas której wygłoszono mowy końcowe, odbyła się poniedziałek 17 stycznia. Sąd skazał S. na dożywocie w systemie terapeutycznym. Oprócz dożywocia nakazał mu zapłatę 200 tysięcy złotych zadośćuczynienia dla partnera kobiety.
Sędzia Paweł Dobosz mówił wówczas, że kara stanowi wyraz potępienia dla osoby, która poprzez swój czyn naruszyła najcenniejsze dla człowieka dobra w postaci wolności i życia. Sąd przyznał rację organizacjom społecznym, biorącym udział w procesie, które apelowały, aby w tej sprawie koncentrować się na Lizie, a nie na jej zabójcy. – O oskarżonym należy jak najszybciej zapomnieć. Należy go wymazać z pamięci, aby zło, jakie uczynił nie stało się atrakcją jakichś filmów, seriali, dokumentów. To bowiem Liza doświadczyła bólu, przerażenia, śmierci.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!
Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych.
Jesteś świadkiem wypadku lub pożaru, masz dla nas ciekawy temat z Twojego miasta lub okolicy, którym warto się zająć – napisz do nas!
Zdjęcia: Marek Śliwiński/Archiwum Warszawska Grupa Luka&Maro
Ta sprawa skończy się w sądzie. Mężczyzna parkujący samochód na miejscu dla osób z niepełnosprawnością umieścił kartę parkingową w sposób uniemożliwiający odczytanie jej daty ważności. Okazało się, że dokument był przeterminowany. Co więcej – należał do żony, która podobno była na zakupach. Tyle, że nie wróciła…
Strażnicy miejscy z V Oddziału Terenowego pilnujący przepisowego parkowania na Żoliborzu i Bielanach regularnie patrolują w dni targowe okolice bazaru na Wolumenie. Okoliczni mieszkańcy często o to proszą. Podczas jednego z patroli we wtorek 30 września uwagę funkcjonariuszy zwrócił niewielki, biały „elektryk” przytulony niewinnie na kopercie dla osób z niepełnosprawnościami. Samochód miał za szybą umieszczoną niebieską kartę, jednak była ona umiejscowiona w taki sposób, że nie było możliwe odczytanie jej numeru ani daty ważności. Strażnicy postanowili poczekać chwilę na właściciela, jednak gdy ten nie przychodził, rozpoczęli procedurę zmierzającą do usunięcia z miejsca pojazdu. Na widok funkcjonariuszy dokumentujących na zdjęciach ujawnione wykroczenie, kierowca nagle się pojawił. Mężczyzna był bardzo nerwowy. Działanie funkcjonariuszy nazwał „czepiactwem wobec niewinnych ludzi”, tłumacząc, że jego niepełnosprawna żona jest na zakupach, na bazarze. Strażnicy poprosili, aby okazał kartę. Nawet gdy okazało się, że jest ona od 3 lat nieważna, kierowca upierał się przy swoim. Niestety mimo oczekiwania, uprawniona do korzystania z miejsca pasażerka nie wróciła z zakupami do auta. Funkcjonariusze zaproponowali kierowcy przewidziany prawem mandat, którego jednak oburzony mężczyzna nie przyjął. Strażnicy przygotowali więc wniosek o ukaranie – sprawa skończy się w sądzie.
Mandat za nieuprawniony postój na kopercie wynosi 800 zł. Sąd może znacznie podnieść tę kwotę, jeśli uzna, że osoba bezprawnie parkowała na miejscu, a ponadto w nieuprawniony sposób korzystała z karty z symbolem wózka inwalidzkiego.
Źródło: Straż Miejska m.st. Warszawy
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!
Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych.
Jesteś świadkiem wypadku lub pożaru, masz dla nas ciekawy temat z Twojego miasta lub okolicy, którym warto się zająć – napisz do nas!
Policja z Wydziału do Walki z Przestępczością Gospodarczą w Szczecinie, zajmująca się również przestępstwami wobec zwierząt, wszczęła postępowanie w sprawie 26-letniego mężczyzny podejrzanego o niewłaściwe traktowanie psa. O sprawie funkcjonariusze dowiedzieli się za pośrednictwem portalu społecznościowego, który wskazywał na możliwe znęcanie się nad czworonogiem.
Śledczy ustalili, że mężczyzna początkowo przyprowadził psa do jednej z lecznic weterynaryjnych w Szczecinie, żądając jego uśpienia. Weterynarz, nie znajdując medycznych przesłanek do zabiegu, odmówił wykonania eutanazji.
W dalszych działaniach 26-latek próbował pozbyć się zwierzęcia, wprowadzając w błąd odpowiednie służby i zgłaszając, że w dzielnicy Dąbie znajduje się bezpański pies. Ostatecznie samodzielnie zawiózł zwierzę do Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt, przekazując pracownikom nieprawdziwe informacje o jego pochodzeniu i pozostawiając psa.
Dzięki zgromadzonym dowodom policja mogła przedstawić mężczyźnie zarzut znęcania się nad zwierzęciem. Podejrzany nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Teraz jego sprawą zajmie się sąd.
Policja przypomina, że każdy przypadek znęcania się nad zwierzętami jest przestępstwem. Zgodnie z ustawą o ochronie zwierząt grozi za to kara do 3 lat więzienia, a w przypadku szczególnego okrucieństwa – nawet do 5 lat.
📸 fot. KMP Szczecin
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!
Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych.
Jesteś świadkiem wypadku lub pożaru, masz dla nas ciekawy temat z Twojego miasta lub okolicy, którym warto się zająć – napisz do nas!
Wracamy do sprawy „hiszpańskiego hrabiego z Pruszkowa”, który kilka lat temu zasłynął jako mistrz oszustwa i manipulacji. 64-letni Zdzisław M., spawacz z podwarszawskiego Pruszkowa, został zatrzymany przez policjantów ze Śródmieścia w związku z podejrzeniem wyłudzania pieniędzy od kobiet, którym przedstawiał się jako członek hiszpańskiej arystokracji.
Mężczyzna odgrywał rolę „hrabiego Myszkowskiego”, rzekomo powiązanego z hiszpańską rodziną królewską. Starannie kreował swój wizerunek – markowe ubrania, złota biżuteria, luksusowe zegarki, zdjęcia na tle odrzutowców i jachtów. Wszystko po to, by przekonać swoje ofiary, że mają do czynienia z bogatym i wpływowym człowiekiem.
Policjanci ustalili, że Zdzisław M. najczęściej działał na lotniskach i dworcach kolejowych, gdzie zagadywał samotne kobiety. Zapraszał je na kawę lub drinka, roztaczając wizję bajkowego życia wśród europejskich elit. Wzbudzał zaufanie, a następnie prosił o pomoc finansową – tłumacząc się zablokowanymi kartami płatniczymi, koniecznością zakupu biletu czy nagłym zabiegiem medycznym.
W zamian obiecywał zwrot pieniędzy i zaproszenie do swojej „posiadłości” w Hiszpanii. Dwie pokrzywdzone kobiety zgłosiły się na policję – w sumie straciły niemal 20 tysięcy złotych. Śledczy podejrzewają jednak, że ofiar może być znacznie więcej – niektóre z nich mogły nie złożyć zawiadomienia z powodu wstydu.
To nie pierwszy raz, gdy Zdzisław M. dopuścił się tego typu przestępstw. Już ponad dekadę temu było o nim głośno, gdy jako 50-letni spawacz z Pruszkowa poszukiwany był przez policję z Podhala. Wówczas podszywał się pod lekarza ginekologa, wmawiał kobietom choroby nowotworowe i proponował „leczenie” polegające na patrzeniu w oczy i stosunku seksualnym. Twierdził, że opracował „nowatorską metodę terapeutyczną”. Koszt jednej takiej „wizyty” wynosił 1300 zł. Został za to skazany.
Na jego koncie są także wyroki za znęcanie się nad żoną oraz liczne oszustwa finansowe. Tym razem Zdzisław M. usłyszał kolejne zarzuty – za przestępstwa, których się dopuścił.
Tym razem „hrabia z Pruszkowa” trafił za kraty – i wszystko wskazuje na to, że szybko z nich nie wyjdzie.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!
Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych.
Kierowca, który nieprzepisowo zaparkował swój samochód najpierw udawał obcokrajowca, później usiłował uciec, a na koniec naruszył nietykalność funkcjonariusza. Krewki mężczyzna został ujęty przez strażników miejskich i przekazany policji.
Około godziny 16:15, we czwartek, 19 czerwca, strażnicy z IV Oddziału Terenowego otrzymali zlecenie jakich wiele – na ulicy Wolskiej miało stać nieprawidłowo zaparkowane BMW. Samochód ustawiony był na chodniku, utrudniając przy okazji wejście na schody do lokalu usługowego. Stojący obok auta mężczyzna, zapytany czy to on jest kierowcą, odpowiedział po angielsku. Kiedy jednak strażnicy w tym samym języku poprosili go o dokumenty, udał że nie rozumie i próbował się oddalić. Gdy jeden ze strażników odciął mu drogę ucieczki, mężczyzna gwałtownie go odepchnął, naruszając nietykalność funkcjonariusza. Wobec agresywnej postawy postawnego 56-latka, strażnicy byli zmuszeni go obezwładnić. W czasie szarpaniny z kieszeni ujętego wypadły dokumenty, z których wynikało, że mężczyzna jest Polakiem, a obcokrajowca tylko udawał.
W związku z popełnionymi przezeń wykroczeniami, do sądu został skierowany wniosek o ukaranie. Zawiadomienie o naruszeniu nietykalności funkcjonariusza strażnicy złożyli wezwanej na miejsce policji, której przekazano też sprawcę. To przestępstwo jest zagrożone karą pozbawienia wolności do 3 lat
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!
Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych.
39-letni mężczyzna, uszkadzając szlaban, wtargnął na teren sądów na Bemowie dostawczym samochodem, jeździł po chodniku pomiędzy przerażonymi ludźmi, próbując wyjechać – uderzył w radiowóz, a interweniującego pracownika ochrony potraktował gazem. Niebezpiecznego desperata powstrzymali strażnicy miejscy.
Funkcjonariusze z V Oddziału Terenowego, 28 maja, około godziny 10:00 przewozili dokumentację służbową do sądu przy ulicy Kocjana, zauważyli przy wjeździe uszkodzony szlaban, a za nim niebezpiecznie manewrujący, dostawczy samochód. Próbującego go powstrzymać pracownika ochrony, kierowca zaatakował gazem. Strażnicy miejscy wybiegli, by powstrzymać desperata. Kierowca, próbując wyjechać, uderzył w bok radiowozu, po czym ruszył w stronę głównych drzwi do budynku. Mężczyzna jechał chodnikiem, nie zważając na chodzących nim interesantów, którzy uciekali mu spod kół. W pewnym momencie zahaczył o ścianę, przy wejściu do sądu. Funkcjonariusze błyskawicznie znaleźli się przy szoferce. Kierowca był agresywny i pobudzony, nie reagował na wydawane mu polecenia opuszczenia pojazdu. Tarczą własnej produkcji blokował strażnikom dostęp i wymachiwał metalową pałką. Funkcjonariusze szybko wyciągnęli jednak niebezpiecznego mężczyznę z pojazdu, obezwładnili i ułożyli na ziemi. Na miejsce zostało wezwane pogotowie i policja. W związku z nieznanymi motywami działania mężczyzny – zarządzono ewakuację budynku. Policjanci ujawnili, że sprawca miał sądowy zakaz prowadzenia pojazdów. Po wstępnych badaniach ratownicy podjęli decyzję o przewiezieniu desperata w asyście policji do szpitala w celu dalszych badań i obserwacji.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!
Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych.