Wyścigi Rok Cup Poland na Autodromie w Słomczynie z Marcelem Burczenik i jego kartingową rodziną

Ryk silników, pełne emocji okrzyki z trybun, gorączkowe naprawy pomiędzy jednym wyścigiem a drugim, wskazówki od rodziców i nerwowe oczekiwanie na start, czyli dzieciaki w gokartach walczące o puchar Rok Cup Poland. Tak w wielkim skrócie wyglądały wczorajsze zawody na Autodromie w Słomczynie, którym mieliśmy okazję przyglądać się z nieco innej strony niż widzowie – towarzysząc jednemu z młodziutkich kierowców: Marcelowi Burczenik i jego rodzinie, bo motosport to ich wspólna wielka pasja.

Całe to „szaleństwo” zaczęło się od taty Marcina, któremu ryk silników towarzyszy przez większą część dnia, a samochody nie mają przed nim żadnych tajemnic, bo ma warsztat blacharsko-lakierniczy. To on zaraził synów miłością do czterech kółek, a mama Sylwia, która na co dzień zajmuje się kosmetologią przeistacza się „po godzinach” w kierowcę, menadżera i koordynatora wszystkich męskich wyjazdów pełnych adrenaliny.

Starszy z chłopaków, z tej kartingowej rodziny – Maksym, ma 16 lat, od 7- go roku życia jeździł w kartingu. Miał na koncie sporo sukcesów, a teraz zaczyna odnosić je już jako kierowca wyścigowy w Seicento. Staruje w dwóch kategoriach Rallycross oraz w Wyścigowych Samochodowych Mistrzostwach Polski i to właśnie w WSMP w Poznaniu, w niedzielę 15 maja, Maksym zajął 2. miejsce w Kategorii DN2!

W ślady brata idzie 10-letni Marcel. Wczoraj brał udział w kartingowych wyścigach Rok Cup Poland w Słomczynie, więc cała rodzina Burczenik (jak zawsze w weekend zawodów) przeniosła swoje życie na Autodrom.

Zawodnicy i całe zaplecze, więc tak naprawdę rodziny, nawet z maleńkimi dziećmi, zjechali już w czwartek, aby rozpocząć przygotowania do wyścigów. Cały teren Autodromu przeistacza się na „kartingowy weekend” w rodzinne miasteczko. Wszyscy się znają, rozmawiają, spotykają, bo w zawodach zarówno tutaj, jak i w Poznaniu czy Bydgoszczy, biorą udział ci sami kartingowi kierowcy. Taka, jedna wielka kartingowa rodzina.

Każdy zawodnik ma swoje zaplecze techniczne w namiocie. Tam gokart jest naprawiany, czyszczony – wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Zajmują się tym teamy, a w przypadku Marcela nad wszystkim czuwa tata Marcin, pomaga mu Maksym – dzięki doświadczeniu zna gokarty od podszewki.

Gotowy gokart na specjalnym wózku jest transportowany do Parku Maszyn i dopiero tam zakładane ma koła i szykowany jest do końca. W czasie, kiedy dorośli zajmują się ostatnimi szlifami techniczno-mechanicznymi, kartingowcy zakładają ubrania. Przy wczorajszej pogodzie najprzyjemniejsze z pewnością to nie było, bo chwilami żar lał się z nieba.

Mam specjalne buty, są wygodne bo mają cienką podeszwę żeby dobrze było czuć pedały – tłumaczył Marcel i dodał, że w kombinezonie na słońcu nie jest fajnie. – Gorącooooo! Ale wiem, że ma być bezpiecznie. Ten kombinezon ma datę ważności – pokazuje na kołnierzu nadruk z homologacją.

Gotowe maszyny ustawiane są na pozycje startowe, wsiadają do nich kierowcy, dostają sygnał i ruszają na tor. Wtedy zaczynają się wielkie emocje. Kibicują wszyscy, nawet ci, których dzieci akurat nie jadą w danym momencie. Adrenalina, nerwy – tego zwyczajnie nie da się opisać, to trzeba zobaczyć i przeżyć!

Niestety, jak jest prędkość i adrenalina, to zdarzają się też niebezpieczne sytuacje takie jak wypadnięcie z toru czy zderzenia. Wczoraj dwukrotnie do kartingowców podjeżdżała karetka. Na szczęście nic poważnego nikomu się nie stało, ale wyglądało naprawdę groźnie, wyścig został na chwilę przerwany.

Nasz młody mistrz startował w kategorii Mini Rok, w której było 31 zawodników. W pierwszym wyścigu zajął 22. lokatę, w drugim 24. w trzecim 12. miejsce, a czwartego niestety nie ukończył, bo po kontakcie z trzema zawodnikami doszło do uszkodzenia gokarta. Niestety, chociaż patrząc na wielką kraksę chwilę później, tak naprawdę wszyscy odetchnęliśmy z ulgą ciesząc się z tego, że jednak Marcel był już poza torem.

Po wszystkim nadszedł moment spojrzenia na gokarta i oceny szkód przez samego kierowcę.

Trzeba zobaczyć jak teraz wygląda. Pewnie trzeba będzie naprawiać – powiedział Marcel i ruszył do swojego namiotu. – Przód wgnieciony, ale tu z tyłu jak! Tato! Oś skrzywiona! – stwierdził przerażony, a mina była jeszcze gorsza jak usłyszał, że jej wymiana to koszt przynajmniej 800 zł.

I w tym momencie nie sposób pominąć ważną kwestię właśnie finansową. Rodzina Burczenik całe życie podporządkowała pasji chłopaków, wszyscy dzięki temu spędzają mnóstwo czasu razem. Zamiast jeździć na wakacje, ruszają na wyścigi. Wszystko było dobrze, ale los bywa okrutny i ich poukładany świat się rozsypał w marcu, kiedy doszło do ogromnego pożaru ich warsztatu blacharsko-lakierniczego. Straty były ogromne, pisaliśmy o tym TUTAJ. Remont pochłonął całe oszczędności, które były przeznaczone na tegoroczny sezon chłopaków. Potrzebni są sponsorzy.

W naszym pięknym kraju bez sponsorów, talenty takie jak Maksym czy Marcel, mają niewielkie szanse na podbój świata, a za to trzymamy mocno kciuki. 

Tekst i foto: Anna Sadowska